Kliknij tutaj --> 🪄 urodzenie dziecka w szwajcarii

Jeżeli rodzice dziecka nie są małżeństwem, jego ojciec musi zgłosić się do USC w celu uznania ojcostwa w Świnoujściu. Aby oświadczenie było ważne, matka dziecka musi je potwierdzić w ciągu 3 miesięcy od złożenia oświadczenia przez ojca. W urzędzie można zgłosić tylko dziecko urodzone w Polsce. Jeżeli rodzice nie dokonają zgłoszenia w wyznaczonym terminie, kierownik urzędu zarejestruje urodzenie dziecka na podstawie otrzymanej karty urodzenia oraz sam wybierze imię dla dziecka. Po zgłoszeniu narodzin dziecka można starać się o becikowe w Piekarach Śląskich oraz kosiniakowe w Piekarach Śląskich – świadczenia dla Dodatki na dzieci (niem. Kinderzulage) smogą być pobierane dodatkowo do alimentów, Alimenty ustalane są na okres dłuższy niż do momentu osiągnięcia pełnoletności dziecka, jeśli nadal będzie w tym czasie jeszcze się uczyło. Wysokość alimentów w Szwajcarii ustala sąd po rozwodzie lub rozejściu się rodziców dziecka. Na rejestrację noworodka w USC rodzic ma 21 dni od wystawienia karty urodzenia dziecka. W przypadku urodzenia martwego rodzice mają 3 dni na zgłoszenie dziecka w urzędzie. Do zarejestrowania dziecka są potrzebne: dowód osobisty rodzica, pełnomocnictwo oraz karta urodzenia dziecka wystawiana przez szpital. Rejestracja dziecka odbywa się Kliknij przycisk Zgłoś urodzenie dziecka. System przekieruje cię na stronę login.gov.pl. Wybierz sposób logowania. Wypełnij zgłoszenie. W kroku 3. wpisz imię lub imiona dziecka – przeczytaj wskazówki w sekcji Imię dla dziecka. Site De Rencontre Pour Handicapé 100 Gratuit. Bo aresztowali syna pułkownika Kadafiego i nie chcą za to Kadafi trafił do aresztu po tym, jak 15 lipca uderzył dwójkę swoich służących w czasie pobytu w Szwajcarii, gdzie razem z żoną oczekują na urodzenie dziecka. Libia zaprotestowała, jednak sam Kadafi został wypuszczony za kaucją w zeszły czwartek. W areszcie spędził dwa postanowiła jednak nie puścić płazem takiej zniewagi. Powiązana z Hannibalem Kadafim firma zajmująca się eksportem libijskiej ropy naftowej oświadczyła, że wstrzymuje wszystkie dostawy do Szwajcarii. Dostawy zostaną wznowione, jeśli szwajcarski rząd oficjalnie przeprosi za wcześniej Szwajcarzy oskarżyli Libię o "kroki odwetowe", po tym jak władze w tym kraju zmusiły do zamknięcia kilka przedstawicielstw szwajcarskich firm, w tym ABB i Nestle. Przedstawiciele firm zostali o aresztowanie syna libijskiego dyktatora może się okazać bardzo kosztowny dla obu krajów. Połowa szwajcarskiej ropy jest importowana z Libii, jednak Libijczycy maja w Szwajcarii dużą wstrzymała też wydawanie wiz szwajcarskim obywatelom, a ilość lotów pasażerskich pomiędzy krajami została znacznie ograniczona. Władze Szwajcarii doradziły swym obywatelom, aby na razie nie wybierali się do Libii. Macierzyństwo i duma w jednym stoją domu. Po raz pierwszy uświadomiłam to sobie dawno temu, na trasie z Kamiennej Góry do Wałbrzycha. Tak o tym piszę w książce: Jadę z dzieckiem autobusem. Są lata dziewięćdziesiąte, stary pekaes zawodzi rdzawo, brudne szyby kradną światu i tak blade kolory (…). Mam osiemnaście lat, dziecko niespełna dwa. Przytulam je niezręcznie, uciszam, gdy próbuje popłakiwać i czuję… dumę. Dziecko nie jest moje, więc i duma nie należy do mnie. Dostałam ją wraz z wózkiem i plecakiem wypchanym pieluchami. Choć jej nie chcę i nie rozumiem, raz, dwa rozparła się w moim sercu, rozpanoszyła jak stara bywalczyni…* To właśnie wtedy odkryłam, że status matki, choćby zastępczy i chwilowy, rodzi przedziwne poczucie wyniosłości. Z brzdącem na kolanach poczułam się ważna i dojrzała. Nagle pasowałam do społecznej układanki jak brakujący puzzel. Moje nastoletnie rozterki, tożsamościowe boje i irytujące poczucie nieprzystosowania w kontakcie z dzieckiem zacierały się szybciej niż wałbrzyski pejzaż za brudną szybą autobusu. Byłam (przez chwilę) matką. Byłam kimś. Kilka epok później blogerka Justyna Basińska napisze tekst pod znamiennym tytułem: „Duma – drugie imię każdej mamy”. Gdy poszłam na studiach, pewna doktorka polonistyki powiedziała mi, że odkąd urodziła dziecko, wszystkie ulubione książki czyta od nowa, bo teraz – jako świeżo upieczona matka – odnajduje w nich nowe sensy. Dała mi w ten sposób do zrozumienia, że w moim bezdzietnym odbiorze literatury zawsze będzie „martwy kąt”. Mogę kręcić głową i wyginać się jak paragraf, ale i tak pewnych istotnych znaczeń nie dojrzę, póki w moim organizmie nie wzrośnie poziom hormonu beta hCG, a przy piersi nie zakwili niemowlak. Miałam wówczas dwadzieścia parę lat i wiedziałam, że matczyne uniesienia, choćby najbardziej twórcze i rozwijające, są nie dla mnie. Przełknęłam więc przytyk, popiłam tanim winem i sięgnęłam po kolejną książkę, zastanawiając się, ile razy trzeba rodzić, by wyłuskać z niej komplet znaczeń. Rodzicielskie poczucie dumy Przez następne trzy dziesięciolecia często zderzałam się z rodzicielskim poczuciem dumy, a niekiedy wręcz – z rodzicielskim zadufaniem. Nie zliczę, ile razy czytałam i słyszałam, że matki są lepiej zorganizowane i zmotywowane do pracy niż kobiety bezdzietne, że macierzyństwo to lokomotywa samorozwoju i wyższa szkoła zarządzania czasem. Że matkom z urzędu powinno się przyznawać koncesje na tworzenie więzi i certyfikaty multitaskingu. Że macierzyństwo rozwija inteligencję (Katherine Ellison) i obdarza nadludzką siłą, a nawet – że rodzice są znacznie mniej skłonni popełnić samobójstwo niż ludzie bezdzietni (Robin Simon). Oczywiście wśród tych opinii nie mogło zabraknąć tych sztandarowych, ukazujących rodzicielstwo jako jedyne źródło sensu, miłości i dojrzałości, a także – jako postawę użyteczną społecznie. Dopóki w społeczeństwie rodzice stanowili miażdżącą większość, takie tezy nie budziły kontrowersji, zwłaszcza że powtarzano je od stuleci. O tym, że „niewiasta polska w całym swoim majestacie” jest MATKĄ i obywatelką, można było przeczytać na przykład w rozprawie* Kazimierza Wł. Wójcickiego z 1875 roku, ale również usłyszeć na wiejskim weselu, gdzie pan młody śpiewał pannie młodej: „A jak będzies miala syna, będę cię sanował”. Przez stulecia kobiety niewiele znaczyły i niewiele mogły, dopóki nie zostały matkami. Urodzenie dziecka dawało im względne poczucie niezależności i odrobinę władzy, a zatem musiało napawać dumą. Oczywiście przywilejami i poważaniem społecznym mogły cieszyć się jedynie mężatki. Panny z dzieckiem uchodziły za symbol moralnego upadku, a nieślubne macierzyństwo strącało kobietę do piekła społecznego upokorzenia. Jeszcze całkiem niedawno, na przełomie tysiącleci, badaczki Maria Strykowska i Anna Titkow pisały, że ze wszystkich pełnionych przez kobietę ról polskie społeczeństwo najwyżej ceni te przypisane jej przez biologię i tradycję. Mogłyśmy być genialnymi pisarkami, świetnymi menadżerkami, wybitnymi alpinistkami, duszami towarzystwa czy tytankami pomocy humanitarnej, a i tak oceniane byłyśmy na podstawie tego, ile mamy dzieci i co z nich wyrosło. W XX wieku, zwłaszcza w jego drugiej połowie, rodzicielskie poczucie wyższości zyskało naukową podbudowę. Zaczęło przybywać tekstów, które dowodziły, że matki i ojcowie są szczęśliwsi, zdrowsi i pełniej realizują ważne cele rozwojowe niż ludzie bezdzietni, a urodzenie potomka wydłuża życie i – uwaga! – poprawia jakość doznań seksualnych. Trudno zliczyć dziedziny, w których rodzice – zdaniem naukowców, publicystów i blogerów – mieli być lepsi od reszty świata. I choć wiele z tych badań zostało ostatecznie zakwestionowanych, poddanych w wątpliwość lub przykrytych innymi danymi, dowodzącymi, że ciąża mocno postarza organizm matki, bezdzietność nie musi spychać na dno rozpaczy, a dziecko to nie prozac, przekaz poszedł w lud. Do dziś bałamutnie zachęca, by wstępować w rodzicielskie szeregi, a przy okazji piętnuje i unieszczęśliwia tych, którzy dzieci mieć nie mogą. Hegemoniczna kobiecość i psychologiczne głaski Najmocniej jak zwykle obrywają kobiety, w końcu w tradycyjnej narracji macierzyństwo uchodzi za ostateczne wcielenie kobiecości. Te z nas, które pragną być „zdrowe” i „normalne”, które chcą być dumne z siebie i akceptowane w środowisku, muszą obowiązkowo zostać matkami. Rosemary Gillespie, amerykańska biolożka ewolucyjna, opisując tę sytuację, używa terminu „hegemoniczna kobiecość”. To niestety wciąż powszechny konstrukt, który na niematki każe patrzeć jako na kobiety ułomne, niepełne lub nieprawdziwe. Efekt? Bezdzietnicom z wyboru dynda to i powiewa. Odrzucają nie tylko macierzyństwo, ale także jego ideologiczny background, a zatem nie przejmują się swoją domniemaną ułomnością. Gorzej z kobietami bezdzietnymi mimowolnie. Te bardzo często czują się gorsze, niepełnowartościowe, a samopoczucia – jak dowodzą badania Marii Ziemskiej* – nie jest w stanie poprawić im nawet adopcja. Hegemoniczna kobiecość staje się źródłem cierpienia. Kolejnym ważnym powodem rodzicielskiej dumy jest wysoka ranga, jaką społeczeństwo przypisuje macierzyństwu i ojcostwu. Naukowcy i publicyści wciąż piszą o „wartości macierzyństwa” (ok. 2 610 000 wyników w przeglądarce Google) oraz… o „problemie bezdzietności”. Na hasło „wartość bezdzietności” przeglądarka na G głupieje. Nie znalazłam ani jednego tekstu naukowego czy publicystycznego, który posługiwałby się tą frazą. Bezdzietność zwykle paruje się z „problemem”, „plagą”, „epidemią”… Nawet w najnowszych publikacjach, na pozór przychylnych niekonwencjonalnym wyborom, wartością jest nie sama bezdzietność, ale prawo do jej wyboru. Tak jakby życie wolne od dzieci nie miało żadnych atrakcyjnych i wartościowych aspektów. Poza jednym, jakże trywialnym – nie trzeba zmieniać pieluch (w domyśle: wybierają je tylko egoiści i śmierdzące leniuszki). I rzeczywiście! Gdy poczytać publikacje naukowe, można dojść do wniosku, że opcja childfree life jest bezwartościowa zarówno w planie społecznym, jak i indywidualnym. Naród – w zbiorowym mniemaniu – nie ma z nas żadnego pożytku, a nasze życie społeczne – również w zbiorowym mniemaniu – lokuje się na poziomie zdechłego skorupiaka. Inaczej rzecz się ma z rodzicami! Zgodnie z psychologicznym modelem wartości dziecka (Value of Children, VoC) mogą oni liczyć na szereg korzyści, certyfikat dorosłości, tożsamość społeczną, poczucie przynależności, symboliczną nieśmiertelność, miłe sercu przekonanie o własnej moralności, poczucie sprawstwa i osiągnięć, a także wysoki status społeczny*. Na te psychologiczne głaski łasi się wielu ludzi. Urodzenie i wychowanie dziecka może wydawać się prostsze niż szukanie tożsamości, przynależności i nieśmiertelności na własną rękę. A że rodzicielstwo to trud, wyzwania i wyrzeczenia… Furda! Instynkt i babcie pomogą! Macierzyństwo, duma i kulturowy zamęt Żyjemy jednak w czasach kulturowego zamętu i to, co jeszcze kilkanaście lat temu uchodziło za pewnik, dziś bywa kwestionowane. Na przykład niebotycznie wysokie pozycjonowanie macierzyństwa. Przez lata społecznie dopieszczane, cenione i pożądane, nagle stało się obiektem kpin. Przedmiotem zmasowanej nagonki. Celem hejterskich ataków. Spójrzmy, co się stało z dumnym hasłem„matka Polka”. W obecnych czasach ma zdecydowanie negatywny wydźwięk. Kojarzy się z nieroztropną życiowo cierpiętnicą, która dała się wrobić w pełnoetatowe, zmaltretowane macierzyństwo, nie zabezpieczywszy sobie tyłów. Obrazowo pisze o tym Dagmara Hicks na blogu „Cała reszta” Kiedy słyszysz słowa Matka Polka, widzisz ją wyraźnie. Widzisz kobietę, na której wisi gromadka dzieci, w tym koniecznie jedno przy cycu, bo przecież musi karmić do momentu, aż wszyscy się od niej odwalą, ciągnie z Biedry ciężkie siaty, obiadki podaje, z domu nie wychodzi, włosów nie myje, nie wie, co to seks, bo przecież ze starym się już dawno poglądowo rozjechali. Od pięciu lat wisi na niej non stop jakieś dziecko, niech przynajmniej on da sobie spokój. Dla rozrywki, liżąc podłogi i krochmaląc śnieżnobiałe obrusy pod niedzielny rosół, pod nosem sobie podśpiewuje „Słodko jest nie myśleć o niczym, się zgubić we własnej spódnicy (…). Lubię być kurą domową, do pralki wrzucić problem wraz z głową. Rodzicielstwo, a zwłaszcza macierzyństwo bardziej niż z dojrzałością, troską i odpowiedzialnością w czeluściach internetu zestawiane jest z lekkomyślnością, niezaradnością czy postawą roszczeniową. To mocna odpowiedź młodych na zajadły perswazyjny pronatalizm, na grabienie ich z kasy i godności (w iście janosikowym stylu: zabierzemy bezdzietnym, oddamy rodzicom), na wtrącanie się w ich intymne wybory, a także na wszechobecny, histeryczny dzieciocentryzm. Pokolenie dzisiejszych dwudziestolatków wydaje się pierwszym tak odpornym na nachalną promocję „wartości rodzicielskich”. I pierwszym, które tej promocji postawiło tamę. Zrobiło to po swojemu: głośno, wulgarnie i pogardliwie, jakby nałożyło końskie okulary. Nie wszystkim się to podoba, ale trudno nie dostrzec w tym desperackiej próby samoobrony w obliczu miażdżącej przewagi pronatalistów. W poszukiwaniu bezdzietnej dumy Ale okładanie rodziców pałą pogardy, choć psychologicznie do wytłumaczenia, jest mało konstruktywne. Potwierdza jedynie negatywny stereotyp bezdzietników jako osób samolubnych, nienormalnych, niedojrzałych, zgorzkniałych i nienawidzących dzieci. Aby z wyboru bezdzietnego życia zdjąć ciążące na nim odium, musimy mówić o bezdzietności bez pronatalistycznych klisz. Potrzebujemy też pozytywnych bezdzietnych narracji, a o to w Polsce trudniej niż o białe trufle. Nikt dziś publicznie nie kwestionuje prawa do bezdzietności, ale pisanie o tym, że jest ona fajna, a nawet fajniejsza od rodzicielstwa wciąż narusza społeczne tabu. Widać to choćby w komentarzach pod postami o szczęśliwym życiu bez dzieci. Społeczna akceptacja wyczerpuje się w sformułowaniu „Każdy ma prawo żyć, jak chce”. Próba przypisania bezdzietności ponętnych atrybutów kończy się zwykle hałaśliwą imbą. Spróbujcie napisać gdziekolwiek: „Jestem szczęśliwa, beztroska i nieuwikłana w zależności. Mam kontrolę nad swoim życiem, czas na przyjemności, nie zżerają mnie rodzicielskie lęki, a pieniądze wydaję tylko na siebie…” Założę się o wszystkie trufle świata, że natychmiast zostaniecie zakrzyczane, nazwane egoistkami i wezwane do cierpienia. Dopóki nie zrównoważymy pozytywnego obrazu rodzicielstwa pozytywnym obrazem bezdzietności, wybór życia bez dzieci zawsze będzie wydawał się gorszy i ryzykowny. Rodzicielska propaganda od lat żerowała na bezdzietnych, przedstawiając ich jako nieszczęśliwych, ułomnych, samotnych i życiowo niezrealizowanych. Z kolei posiadanie dzieci miało być jedyną drogą wiodącą do dojrzałości, szczęścia, spełnienia, społecznej akceptacji, zdrowia fizycznego i psychicznego oraz do symbolicznej nieśmiertelności. Nic dziwnego, że ludzie, którzy nie mogą mieć potomstwa, czują się tym upokorzeni. Są gotowi ryzykować zdrowiem, majątkiem, a niekiedy nawet życiem, byleby uciec przed tą nieszczęsną, bezwartościową bezdzietnością. Na usta ciśnie się zatem pytanie, które już w 2003 roku zadała wspomniana wcześniej amerykańska badaczka Rosemary Gillespie: czy ludzie bezdzietni są w stanie rozwinąć pozytywną tożsamość, odrębną od tożsamości rodzicielskiej? Odpowiedź znajdziemy choćby w eseju Mony Chollet „Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet”. Rozdział poświęcony odmowie macierzyństwa jest wielkim peanem pochwalnym bezdzietnego życia: Wybór ten jest jak bomba tlenowa – pisze Chollet – jak róg obfitości. Uprawnia do takich ekscesów jak luksus czasu przeznaczonego wyłącznie dla siebie i swoboda, z jakiej możemy dowolnie korzystać, pławiąc się w niej do utraty tchu, bez obaw, że ich nadużyjemy, ale z poczuciem, że to, co interesujące, zaczyna się tam, gdzie zwykle w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem należałoby się zatrzymać. Według mojej logiki nieprzekazywanie życia pozwala cieszyć się nim w pełni. Francuska eseistka twierdzi, że odrzucając macierzyństwo, nie stajemy się „kobietami niespełnionymi”, lecz dajemy sobie szansę na spełnienie nieograniczone wymogami tradycyjnej kobiecej roli. Z kolei jedna z bohaterek mojej książki „Szczerze o życiu bez dzieci” – żołnierka i lekarka, która z całego serca pragnęła zajść w ciążę, ale po kolejnej nieudanej próbie in vitro powiedziała pas – porównała bezdzietność do wizyty w sklepie z cukierkami: Myślę, że w życiu trzeba godzić się z pewnymi kosztami. Przeżyłam absolutnie cudowne chwile. Na pewno nie wyjechałabym do Afganistanu, gdybym miała dzieci. Na pewno nie robiłabym mnóstwa tych różnych wariactw. Czasami siedzę i dziękuję Bogu, że moje życie jest tak bogate, tak pełne doświadczeń. Czuję się jak dzieciak w sklepiku ze słodyczami, któremu pozwolono wziąć i zeżreć wszystko. To ma swoją cenę. Tą ceną jest bezdzietność. Czy było warto? Nie mam pojęcia. Ale cukierki są dobre! Pozytywnych aspektów życia bez dzieci jest dużo więcej. Warto o nie pytać i warto je eksponować, bo bezdzietność to ani problem, ani negatyw rodzicielstwa. Dla tych, którzy jej pragną, jest fundamentem dobrego, wartościowego życia. Może być też źródłem siły, odwagi, wewnętrznej harmonii i psychicznego luzu, a dla społeczeństwa – cenną lekcją inności. Dlatego mam nadzieję, że po wysypie tekstów mówiących o tym, dlaczego ludzie nie chcą mieć dzieci, pojawi się wysyp takich, które odważnie i wbrew społecznemu tabu opiszą bezdzietność jako wartość. A tymczasem nie krępujcie się i w komentarzach piszcie, jak cieszycie się życiem bez dzieci. I jaką ono ma dla was wartość..*Fragment książki Szczerze o życiu bez dzieci, Edyta Broda, Wydawnictwo Pascal, 2019*Kazimierz Wł. Wójcicki, Niewiasta polska w początkach naszego stulecia (1800-1830)*Maria Ziemska, Postawy rodzicielskie, Wiedza powszechna, Warszawa 1973*Monika Mynarska, Korzyści płynące z rodzicielstwa w perspektywie biegu życia, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, 2020 W bogatej Szwajcarii kobiety mają pod górę Korespondencja z Zurychu Appenzell Innerrhoden, najmniejszy szwajcarski kanton, słynie nie tylko z produkcji pikantnego sera Appenzeller. To tu kobiety otrzymały prawa wyborcze w 1990 r.! Jako ostatnie w Europie. Szwajcarki pod względem obecności w polityce dogoniły już inne państwa, a trzy lata temu zdobyły nawet większość w rządzie. Teraz przed nimi szczyty biznesu oraz nauki. I największe, jak wszędzie, wyzwanie, czyli łączenie kariery z rolą matki. Bogata Szwajcaria nie ułatwia tego kobietom. Niedawno darmowa gazeta „20 Minuten” – o największym nakładzie w kraju – opisała historię świetnie wykształconej prawniczki (studia w Szwajcarii i USA), która zrezygnowała z pracy, by zająć się wychowywaniem córki. Jak przekonywała bohaterka, w pracy na pół etatu nowe obowiązki okazały się poniżej jej kwalifikacji, a opłata za przedszkole pochłaniała niemal połowę pensji. Ponadto, co w Szwajcarii jest niemal standardem, pani S. musiała odbierać dziecko w porze lunchu, przygotować mu obiad i odprowadzić do przedszkola, co utrudniało jej organizację czasu pracy. Teraz zajmuje się smażeniem naleśników i czytaniem córce bajek w kilku językach. Na utrzymanie zarabia mąż, finansista. Historia znalazła się w bulwarówce, bo wydaje się absolutnie typowa. Urodzenie dziecka to dla Szwajcarek, podobnie jak dla kobiet z innych państw, najtrudniejszy moment w przebiegu kariery zawodowej. Niestety, nie są wtedy specjalnie wspierane przez państwo, które akurat na wydatki socjalne mogłoby sobie pozwolić. – Szwajcaria to liberalny i konserwatywny kraj, który nie inwestuje dużo w opiekę instytucjonalną nad dziećmi, a tradycyjne wartości, podobnie jak system podatkowy i rodzaj zabezpieczeń socjalnych, faworyzują model z tradycyjnym żywicielem rodziny, czyli mężczyzną – mówi dr Gesine Fuchs, politolożka wykładająca na uniwersytecie w Bazylei. Trzeba przyznać, że Szwajcarki są aktywne zawodowo niemal tak jak panie w przodujących w większości kobiecych rankingów Szwecji czy Norwegii. 61% kobiet pracuje lub szuka pracy – dla porównania w Polsce 49% (GUS 2012). Konfrontacja z mężczyznami zdecydowanie jednak pogarsza ten obraz. – Kobiety wypadają znacznie gorzej nie tylko pod względem aktywności zawodowej, ale też pozycji zajmowanej w pracy czy wysokości zarobków – zaznacza Sylvie Durrer, dyrektor departamentu w Federalnym Biurze ds. Równości Kobiet i Mężczyzn. – Nawet jeśli są dobrze wykształcone i mają duże doświadczenie zawodowe, wciąż stosunkowo niewiele zajmuje kierownicze stanowiska – dodaje. W zarządach jest zaledwie 9% kobiet (w Polsce 13%). Wśród pracowników zarabiających miesięcznie powyżej 8 tys. franków netto zaledwie 15% (szwajcarskich zarobków nie da się porównać z polskimi). Na prestiżowej Politechnice Federalnej w Zurychu (pierwsze miejsce w rankingu uczelni w Europie kontynentalnej) kobiety z profesorskim tytułem to zaledwie jedna dziesiąta. Zamiast szklanych domów są, jak niemal wszędzie, szklane sufity i cieknące rury – to drugie pojęcie opisuje wyciekanie np. z nauki cennych zasobów w postaci zdolnych i wykształconych kobiet. Kobiece zasoby najczęściej odpływają wraz z wodami płodowymi. – Młode Szwajcarki wierzą, że żyją w społeczeństwie, w którym obie płcie mają równe prawa – jednak już po urodzeniu pierwszego dziecka tracą złudzenia – przekonuje dr Christine Scheidegger, politolożka zajmująca się tematyką genderową. – Obowiązująca w Szwajcarii kultura unikania konfliktów ułatwia podtrzymywanie nierówności i trwanie niesprawiedliwego systemu – ocenia. Faktem jest, że w parach, które nie mają dzieci, mężczyźni i kobiety pracują najczęściej w pełnym wymiarze. Gdy pojawia się potomstwo, te drugie rezygnują z pełnego etatu, dającego większe zarobki i możliwość awansu. A niemal jedna trzecia kobiet na dobrych kilka lat znika z rynku pracy. Inwestycja w przedszkole Rozwiązanie najczęściej wybierane przez rodziny z małymi dziećmi to pracujący na pełny etat ojciec i matka zatrudniona na 40% czy 60%. Powodem jest bardzo drogie przedszkole, za które opłata przy dwójce dzieci może wynieść nawet 3 tys. franków (ponad 10 tys. zł) i pochłonąć większość pensji. – Gdyby nie wsparcie państwa, które otrzymujemy z racji niskich dochodów, za każdy dzień przedszkola płacilibyśmy 115 franków (400 zł). Po miesiącu ta kwota, mimo dopłat, urasta do horrendalnej, zwłaszcza że mamy trójkę dzieci – mówi Liz, Amerykanka, której mąż pracuje na uczelni w Zurychu. Sama, mimo dyplomu z USA oraz znajomości niemieckiego, nie może znaleźć pracy (szuka zajęcia jedynie na pół etatu). – Dzieci są w przedszkolu tylko do południa, co daje mi trochę czasu na szukanie pracy i pozwala ograniczyć koszty. Około godz. 12 muszę je zabrać na obiad do domu. To na pewno nie jest system przyjazny pracującym matkom, niepracującym zresztą też – stwierdza. Piotr, którego bliźniaczki są w drugiej klasie podstawówki, także narzeka na ogromne wydatki na szkolną świetlicę. Oczywiście przy szwajcarskich zarobkach (średnio w granicach 4-6 tys. franków netto) nie są to aż tak szokujące kwoty, ale dla rodzin z jedną pensją czy zarabiających mniej wydatek okazuje się naprawdę duży. Liz ma szczęście, że jej dzieci chodzą do państwowego przedszkola, gdzie może liczyć na dofinansowanie. Niestety, miejsc brakuje. – Od kilku lat rząd wspiera tworzenie kolejnych placówek, dzięki czemu ich dostępność wzrosła. Zapotrzebowanie jednak wciąż jest większe niż liczba miejsc – ocenia Sylvie Durrer. Szwajcarka Francesca, sekretarka, rezygnację z pracy dopiero rozważa. Jej syn ma dwa lata, a za trzy miesiące urodzi się kolejne dziecko: – Dotychczas Michaelem zajmowała się moja mama, ale obawiam się, że dwójka to dla niej za duże wyzwanie. Na podjęcie ostatecznej decyzji Francesca ma jeszcze trochę czasu. Ostatni trymestr ciąży i 14 tygodni płatnego urlopu macierzyńskiego (80% ostatniej pensji). Opcją jest też zmniejszenie wymiaru czasu pracy np. do 40% – w Szwajcarii ułamkowe prace są bardzo popularne. Podobnie jak przy wyborze trunków niższe procenty są domeną kobiet, wyższe preferują mężczyźni, choć rzadko decydują się na mniej niż 100%. W korporacjach, bankach i firmach IT nierzadko możliwości pracy na część etatu nie ma. Latem wózki nie mieszczą się w jadącym do zoo tramwaju, a kobiety próbują zrobić miejsce kolejnym matkom z naturalną dla Szwajcarów uprzejmością i uśmiechem. Ojców z małymi dziećmi na ulicach Zurychu, w odróżnieniu np. od Sztokholmu, widać bardzo niewielu. Nic dziwnego, skoro urlop ojcowski to w Szwajcarii zaledwie jeden dzień! – Mieliśmy już ponad dziesięć bezowocnych prób wprowadzenia urlopu dla ojców. Dopóki mężczyźni nie zorganizują się i nie będą wywierać presji w tej sprawie, nie mamy szans, by w ciągu następnej dekady urlop ojcowski trwał przynajmniej dwa tygodnie – zaznacza dr Scheidegger. Starsza pani bez prawa głosu Gdy w 1956 r. na deskach zuryskiego teatru wystawiono po raz pierwszy znany dramat szwajcarskiego pisarza Friedricha Dürrenmatta „Wizyta starszej pani”, siedzące na widowni kobiety mogły pozazdrościć głównej bohaterce Klarze. Nie tylko milionów w banku, ale też możliwości głosowania w kraju, z którego przyjechała. Trudno uwierzyć, że dopiero w roku 1990, niemal całe stulecie po otrzymaniu prawa głosu przez obywatelki Nowej Zelandii (były pierwsze na świecie), czynne prawo wyborcze przyznał kobietom ostatni kanton – Appenzell Innerrhoden. Dodajmy, przymuszony decyzją Federalnego Sądu Najwyższego. W większości kantonów Szwajcarki mogły głosować od lutego 1971 r. Ponad pół wieku później niż w sąsiednich Niemczech i Austrii, gdzie, podobnie jak w Polsce, kobiety wrzucały głosy do urny od 1918 r. – Szwajcarii zabrakło sprzyjających okoliczności, jakimi dla przyznania kobietom praw wyborczych były paradoksalnie wojny, rewolucje czy budowanie tożsamości narodowej – podkreśla dr Fuchs. – Tutaj konieczne było wprowadzenie poprawki do konstytucji, którą w referendum musieli zaakceptować mężczyźni, a ci nie zgadzali się głosować w tej sprawie aż do lat 50. Elity rządowe też nie były specjalnie zainteresowane tym tematem – dodaje. Rząd zmotywowała dopiero planowana ratyfikacja Europejskiej konwencji praw człowieka z zapisem o równych prawach kobiet i mężczyzn. A także coraz większy napór środowisk feministycznych, które pod koniec lat 60. zorganizowały tzw. marsz na Berno. Wcześniej zamiast demonstracji wybierały petycje, typowe dla ceniącej ugodowość kultury politycznej Szwajcarii. W referendum z 1971 r. za przyznaniem prawa głosu współobywatelkom zagłosowało 60% mężczyzn. To niemal cud nad urną, gdyż zaledwie 12 lat wcześniej, w pierwszym referendum, prawie dwie trzecie Szwajcarów wyraziło sprzeciw. Trzeba dodać, że idea nie była popularna nawet wśród kobiet. – W szwajcarskim społeczeństwie silne było przekonanie, że kobiety powinny zajmować się dziećmi i domem, pozostawiając mężczyznom sferę publiczną. Podzielała je wówczas również znaczna część Szwajcarek – stwierdza Fabienne Amlinger, historyczka z Uniwersytetu w Bernie. Dla większości był to milowy krok, który uczynił kobiety obywatelkami i dał im nowe możliwości, choćby zawodowe. Zdaniem dr Scheidegger – dopiero początek drogi do równych praw obu płci. Kobiecy rząd, męskie rządy Cztery lata temu Szwajcaria wzbudziła zainteresowanie gazet jako jedno z niewielu państw, w których przewagę w rządzie zdobyły kobiety, obejmując cztery z siedmiu ministerialnych stanowisk. Od 2010 r. przez trzy kolejne roczne kadencje kobiety pełniły też funkcję prezydenta. Dziś w siedmioosobowym szwajcarskim rządzie są trzy panie, co nie oddaje proporcji płci w polityce. W 200-osobowej niższej izbie federalnego parlamentu kobiety stanowią niemal jedną trzecią, w odpowiedniku polskiego Senatu niecałe 20%. Dziś od polityki ważniejsze wydają się jednak biznes, pozycja na rynku pracy i zarobki. A tu kobiety pozostają zdecydowanie w tyle. W radach nadzorczych jest ich zaledwie 11,6%, nieco poniżej europejskiej średniej. Tę sytuację obiecuje zmienić minister sprawiedliwości Simonetta Sommaruga poprzez wprowadzenie 30-procentowych kwot dla kobiet – na ich zastosowanie firmy mają otrzymać dziesięcioletni okres przejściowy. Jak w wielu państwach problemem jest też różna płaca za podobną pracę. – W 2011 r. różnica między zarobkami obu płci wynosiła prawie 18%, trochę powyżej średniej europejskiej, a w sektorze prywatnym była to niemal jedna czwarta zarobków – zaznacza dr Fuchs. Paradoksalnie im wyższy szczebel drabiny, tym większe nierówności – zarobki menedżerek okazały się niższe niemal o jedną trzecią. – Nakaz równej płacy w konstytucji znalazł się już trzy dekady temu, w praktyce to martwy zapis. Dzięki niższym pensjom kobiet pracodawcy oszczędzają miliony franków. Niewiele jest jednak kontroli płac czy sankcji, które mogłyby zmienić tę sytuację – skarży się dr Scheidegger. I podkreśla, że niższe zarobki kobiet przekładają się na ich gorszą edukację, gdyż mniej mogą one inwestować we własny rozwój. A długofalową konsekwencją są emerytury – niemal dwukrotnie niższe niż mężczyzn. Jak przekonuje Sylvie Durrer, Szwajcaria walczy z nierównymi płacami: – Znaczna część różnic w zarobkach to kwestia innej edukacji, pozycji oraz doświadczenia kobiet i mężczyzn. Pozostałe różnice to dyskryminacja płacowa. Dlatego państwo stara się jej przeciwdziałać poprzez różne rozwiązania, zwiększając tym samym świadomość społeczną. Jedno z rozwiązań to Logib, narzędzie online służące do analizy płac. Inne – program nagradzania i certyfikacji spółek ze sprawiedliwymi płacami. Dużym sukcesem jest również wywalczony przez związki zawodowe wzrost płac w zdominowanych przez kobiety zawodach, takich jak pielęgniarki czy przedszkolanki. Gdy na początku lat 70. Taylor studiowała w Szwajcarii matematykę, była jedną z nielicznych kobiet na sali wykładowej. – Profesor zwracał się do audytorium: „szanowni panowie”, a ja siadałam w pierwszym rzędzie, by przypomnieć mu, że na wykładzie jest i kobieta – wspomina. Dziś na wielu kierunkach studentki przeważają nad studentami, choć na studiach inżynieryjnych wciąż jest ich znacznie mniej. Wyzwaniem pozostają kolejne stopnie w nauce. Kobiety to obecnie niemal jedna piąta wykładowców z profesorskim tytułem. Na program wspierający zwiększenie liczby profesorek do 2016 r. szwajcarski rząd przeznaczył prawie 10 mln franków. Warto dodać, że w styczniu funkcję rektora Politechniki Federalnej w Zurychu już po raz drugi obejmie kobieta. – Szwajcaria to pod pewnymi względami wciąż młoda demokracja. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do obecności kobiet we wszystkich zawodach i na wszystkich szczeblach. Mamy jednak świadomość, że równość płci przynosi korzyści całemu społeczeństwu, pobudza rozwój gospodarczy. Pozwala wyrwać się ze sztywnych ról przypisanych płciom, które ograniczają też mężczyzn. Robimy bardzo dużo, by te zmiany umożliwiać – tłumaczy Sylvie Durrer. W ostatnich latach w raporcie Światowego Forum Ekonomicznego dotyczącym równości płci Szwajcaria przeskoczyła z pozycji 40. na dziewiątą (Polska plasuje się na miejscu 54.). Kobiety z pomocą państwa szturmują wyższe stanowiska na uczelniach i w biznesie. Cząstkowe etaty, które, owszem, są ich domeną i pogarszają możliwości kariery, stanowią też niezły kompromis i przywilej (w końcu ilu polskich pracodawców zatrudnia chętnie na 40, 60 czy 80%?). Patrząc na te dane, zaczynam się obawiać, że ktoś mi doradzi, bym zajęła się raczej sytuacją kobiet w Polsce. Wygląda bowiem na to, że Szwajcarki, które o wiele później otrzymały prawa wyborcze, osiągnęły już lepszą pozycję niż my. Podobne wpisy Piątek, 22 września 2000 (00:35) Ciążę można usunąć od 12 tygodnia - tak zadecydował w czwartek szwajcarski parlament legalizując aborcję. Usunięcia ciąży można dokonać pod warunkiem, że matka przekaże wcześniej lekarzowi pisemne oświadczenie, iż urodzenie dziecka postawiłoby ją w trudnej sytuacji. Nikt nie będzie jednak sprawdzał prawdziwości takiego oświadczenia. Matka nie będzie też musiała się przed nikim tłumaczyć ze swojej decyzji. Nowe prawo nakłada natomiast na lekarza, który przeprowadza taki zabieg obowiązek dokładnego zapoznania kobiety z medycznymi komplikacjami jakie może nieść ze sobą aborcja. Zostanie też zobligowany do poinformowania pacjentki o tym, że może oddać niechciane dziecko do adopcji. Większość szwajcarskich partii jest zadowolona z dzisiejszej decyzji o legalizacji aborcji. Politycy z satysfakcją podkreślają, że wreszcie zakończy się aktualna hipokryzja. Bo choć od 1946 roku usuwanie ciąży było w Szwajcarii zabronione, to jednak od lat większość tutejszych szpitali i prywatnych ginekologicznych gabinetów bezkarnie przeprowadza tego typu zabiegi. Ostatnie sondaże wykazują, że ponad 60 procent Szwajcarów uważa, że kobiety mają prawo same decydować o ewentualnym usunięciu ciąży. Posłuchaj także relacji z Genewy korespondenta RMF FM Tomasza Surdela: 00:35 Inne Poród za granicą a urlop macierzyński w Polsce Indywidualne porady prawne Dorota Kriger • Opublikowane: 2010-01-18 • Aktualizacja: 2021-12-16 Przebywam obecnie za granicą, ale umowę o pracę mam nadal podpisaną z firmą polską. Dziecko planuję urodzić w kraju trzecim. Czy w związku z tym przysługuje mi urlop macierzyński w normalnym wymiarze? Czy poród w innym państwie niż Polska ma jakieś znaczenie? Masz podobny problem? Kliknij tutaj i zadaj pytanie. Czy narodziny dziecka poza granicami Polski mają wpływ na prawo do urlopu macierzyńskiego? Narodziny dziecka poza granicami Polski nie wpłyną na prawo do urlopu macierzyńskiego, jeśli zatrudniona jest Pani przez firmę polską i tylko tymczasowo delegowano Panią poza granice kraju (lub przebywa Pani za granicą w innym celu niż praca). W takim przypadku urlopu macierzyńskiego udzieli Pani pracodawca zgodnie z polskimi przepisami, a zasiłek macierzyński, w zależności od liczby zgłoszonych do ubezpieczenia chorobowego, wypłacać będzie pracodawca bądź ZUS. Jeśli Pani pracodawca zgłasza do ubezpieczenia chorobowego powyżej 20 ubezpieczonych, to on powinien wypłacać Pani zasiłek macierzyński, w przeciwnym wypadku wypłaty dokona ZUS. Należy wiedzieć, jaki dokument będzie potrzebny w razie narodzin dziecka poza granicami kraju. Informacje na ten temat znajdują się w § 13 rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Socjalnej z dnia 27 lipca 1999 r. w sprawie określenia dowodów stanowiących podstawę przyznania i wypłaty zasiłków z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa (Dz. U. z 1999 r. Nr 65, poz. 742 z późn. zm.). Przyznanie i wypłata zasiłku macierzyńskiego z tytułu urodzenia dziecka podczas pobytu za granicą Zgodnie z przywołanym rozporządzeniem przyznanie i wypłata zasiłku macierzyńskiego z tytułu urodzenia dziecka podczas pobytu za granicą następuje na podstawie zaświadczenia zagranicznego zakładu leczniczego lub zagranicznego lekarza stwierdzającego przewidywaną datę porodu (za okres przed porodem) albo na podstawie skróconego odpisu aktu urodzenia dziecka (po porodzie). Zaświadczenie, o którym mowa wyżej, powinno być wystawione na blankiecie z nadrukiem określającym nazwę zagranicznego zakładu leczniczego lub imię i nazwisko zagranicznego lekarza, opatrzone datą wystawienia i podpisem. Jeśli zaświadczenie wystawił lekarz na terytorium państw członkowskich Unii Europejskiej, państw członkowskich Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA) – stron umowy o Europejskim Obszarze Gospodarczym lub Konfederacji Szwajcarskiej – w językach urzędowych tych państw, to nie ma Pani obowiązku tłumaczenia wystawionego zaświadczenia, gdyż w razie potrzeby płatnik zasiłku sam będzie zobowiązany przetłumaczyć dostarczone dokumenty. Tylko gdy dokumenty zostały wystawione w innych krajach niż znajdujące się na terytorium państw członkowskich Unii Europejskiej, państw członkowskich Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA) – stron umowy o Europejskim Obszarze Gospodarczym lub Konfederacji Szwajcarskiej – należy otrzymane zaświadczenie przetłumaczyć na język polski. Jeśli masz podobny problem prawny, zadaj pytanie naszemu prawnikowi (przygotowujemy też pisma) w formularzu poniżej ▼▼▼ Indywidualne porady prawne

urodzenie dziecka w szwajcarii